Wizyty w Polsce mnie stresują…

Dzisiaj będzie bardzo osobiście i raczej negatywnie, więc jak ktoś nie ma ochoty czytać  wypocin o moich dziwnych relacjach z ojczyzną i problemach z tym związanych- ostrzegam już na wstępie, że z tego postu nic więcej się nie wyniesie. Ja natomiast czuję potrzebę zrzucenia z siebie części ciężaru i wygadania się, więc jednak to opiszę…

Za Poznaniem tęsknię jak szalona- i to dosłownie chyba nieraz się w tej tęsknocie za bardzo zapędzam i pogrążam: potrafię włączać Street View na Google Maps i spacerować sobie po moich ulubionych  zakątkach miasta choćby przez internet. Spędziłam tam 19 lat mojego życia i po prostu bardzo mi tego miejsca i atmosfery tam panującej brakuje. Brema mimo wszystko nigdy nie będzie tak bardzo „moim miastem” jak Poznań. Tęsknię też za moimi starymi znajomymi- często przywołuję w głowie dawne wspomnienia, przeglądam stare zdjęcia i cieszę się na spotkanie z nimi jak piesek na powrót swojego pana….

Jest też jednak druga strona medalu. Wszystkie najbardziej bolesne wydarzenia w moim życiu miały miejsce również w Poznaniu. Moje relacje z rodzicami nadal są dziwne i sztuczne, na ulicy mogę przypadkiem trafić na ludzi, którzy mnie w szkole wyśmiewali (głupie, ale ja nadal nie potrafię przejść nad tym do porządku dziennego), a poszczególne miejsca przypominają mi o narkotykach i innych błędach, które popełniłam…

Ogólnie Polska wywołuje we mnie dużo skrajnych emocji, z którymi sobie nie radzę. A gdy emocje wymykają mi się spod kontroli-  zaczynam się objadać. I niestety, jakkolwiek ogólnie całkiem nieźle sobie już z kwestią jedzenia radzę, tak przed wizyą w domu zawsze mam nawrót. Od pierwszego razu w grudniu 2014 zawsze to samo: Najpierw sobie ubzduram, że muszę schudnąć kilka kilogramów, bo „co sobie starzy znajomi pomyślą, jak zobaczą, że mi przybyło”, potem gdy już jestem blisko celu, emocje stają się jeszcze silniejsze i nie wytrzymuję. Zaczynam jeść, jeść i jeszcze raz jeść… Od dwóch- trzech tygodni codziennie wychodzi za dużo. Ale przerwać tego nie potrafię. I o ile te 2 tygodnie temu byłam już zadowolona ze swojego ciała, tak teraz oczywiście teraz czuję się jak balonik, a waga zaczęła wracać. I znów myśli, że jestem ostatnim przegrywem, że ludzie zaczną plotkować, że mi przybyło (tak, wiem, że pewnie połowa by tych 4-5 kg w stosunku do klasy maturalnej nawet jakoś nie zauważyła). I że pomyślą, że jednak tak super sobie nie radzę, że co z tego, że z ćpania wyszła, jak się spasła. I w dodatku na studiach orłem nie jest. Serio, takie wyobrażenia prześladują mnie non stop. Okropnie męczące. Zwłaszcza, że dodatkowo dopadła mnie bezsenność, więc i fizycznie kiepsko.

W okresie „przedwizytowym” nie potrafię działać według tego, co sama radzę innym. Myślę wbrew temu, w co sama wierzę. Okropnie mnie to denerwuje, bo przez to wszystko nawet nie potrafię się potem naprawdę cieszyć pobytem w domu i spotkaniami ze znajomymi.Bo czuję się zwyczajnie wyczerpana…

Źródło obrazka:
http://www.miastowformie.pl/sites/miastowformie.pl/files/field/image/2015/04/16/kompulsywne_jedzenie.jpg